Wybraliśmy się dzisiaj do pewnej kawiarni położonej wzdłuż bardzo industrialnej Flushing Avenue, gdzie nic bardzo długo nie zaskakuje, a monotonnie przeplatają się różnego rodzaju magazyny, warsztaty samochodowe i wyblakłe szyldy starych restauracji, po których pozostał już tylko napisy. Ku naszemu zdziwieniu nagle z tego bardzo fabrycznego krajobrazy wyłonił się zupełnie bajkowy biały domek z pięknym ogrodem, gdzie pod wielkim białym namiotem przygotowywano się właśnie do ceremonii ślubnej.
Domek swoją specyficzną konstrukcją przypominał bardzo zachodnio europejskie domy z 17-18 wieku. Nasza ciekawość nie byłaby dostatecznie zaspokojona, gdybyśmy nie zaczęli wnikliwie zaglądać przez okna domku; otwarta brama wabiła do środka. Domek całkowicie przypominał swoim wystrojem muzeum. W pewnym momencie drzwi wejściowe otworzył mężczyzna w średnim wieku w wyciągniętej koszulce i bez butów, ale za to w skarpetkach i przywitał nas stwierdzeniem: "Jesteście zbyt sportowo ubrani jak na gości weselnych, więc pewnie chcecie zwiedzić nasze muzeum. Jest to dom Vander Ende-Onderdonk zbudowany w 1709 roku, najstarszy istniejący dom holenderskich osadników w Nowym Jorku, w którym jednocześnie mieści się Towarzystwo Historyczne dzielnicy Ridgewood.
Uwielbiam ludzi z pasją, którym na widok zainteresowania drugiej strony pojawia się błysk w oku, tak jak właśnie temu panu. Zeszliśmy z nim stromymi drewnianymi schodami do piwnicy, która jak nam wyjaśnił, była początkiem całej domowej konstrukcji. Dowiedzieliśmy się, że Indianie Ameryki Północnej w ten sposób budowali swoje domy, głęboko w ziemi, a tradycja ta została początkowo przejęta przez pierwszych holenderskich osadników. W piwnicy znajdowało się ogromne palenisko i piec do wypiekania chleba, pięknie nakryty stół i masa ciekawych liczących dwieście ponad lat przyrządów kuchennych. Według opowieści naszego przewodnika, kobiety i duchowni w 18 wieku w Ameryce bardzo nie lubili tych "podziemnych" domostw, a młodzi mężczyźni, którzy szukali żony, aby jej się przypodobać musieli dobudowywać kolejne piętro na wysokości gruntu, oczywiście z oknami. Musieliśmy podzielić się tu informacją z przewodnikiem o naszych korzeniach indiańsko-europejskich, co wywołało jeszcze większy entuzjazm do dalszych historycznych opowieści. Dom ten spłonął kilka razy i był odrestaurowywany, a elektryczność została założona zaledwie 100 lat temu.
Pracownik stowarzyszenia pokazał nam 300 letnie mapy Queens, dzięki którym można było zobaczyć jak rozległe przestrzenie wtedy zajmowały "gęste lasy" i bagna".
Władze miasta Nowy Jork w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku chciały pozbyć się tej posiadłości, ale spotkały się ze znaczącym oporem mieszkańców dzielnicy, którzy zebrali potrzebne fundusze wykupili od miasta posiadłość, założyli towarzystwo historyczne i zarejestrowali dom na liście zabytków, na szczęście dla przyszłych pokoleń Nowojorczyków i nie tylko. W ramach wsparcia tego obiektu, który przenosi nas w czasie zupełnie, nabyliśmy dwa kubki w stylu porcelany holenderskiej.
Dla ukazania jak kontrastowa jest ta dzielnica, już 10 minut dalej zobaczyliśmy niesamowite bogactwo przepięknego artystycznie grafiti artystycznego kolektywu Bushwick Collective, poniżej zdjęcia, ale więcej zdjęć i długi wpis o tym następnym razem.
Zakończyliśmy spacer w uroczej kawiarni KAVE o bardzo nowoczesnym wystroju i przestronnym ogródku, gdzie oprawę muzyczną stanowił bardzo niedzielnie ciężko strawny dla mnie heavy metal, którego w takim wydaniu nie słyszałam od wczesnych lat szkoły średniej. Wygląda na to, że to dość mocny "odkopany" trend muzyczny wśród hipsterów. Większość klientów kawiarni pochylonych nad laptopami i książkami nie wygladało mi na typowych fanów Nergala, ale pracownicy tego miejsca byli w siódmym niebie, więc jakoś nikomu to nie przeszkadzało, ale tak to już jest w Nowym Jorku. Zawsze znajdzie się miejsce na inność, niekonwencjonalność, czasami nawet w ciężkim stylu.
Do potem.




No comments:
Post a Comment