Sunday, September 1, 2013

Historyczna niedziela

Witam ponownie z Bushwick, czyli w wolnym tłumaczeniu, dzielnicy gęstych lasów. Dzisiaj przez przypadek dowiedziałam się skąd ta nazwa się wywodzi. Niedziela staje się naszym dniem eksplorowania tajemnic nowej okolicy.
Wybraliśmy się dzisiaj do pewnej kawiarni położonej wzdłuż bardzo industrialnej Flushing Avenue, gdzie nic bardzo długo nie zaskakuje, a monotonnie przeplatają się różnego rodzaju magazyny, warsztaty samochodowe i wyblakłe szyldy starych restauracji, po których pozostał już tylko napisy. Ku naszemu zdziwieniu nagle z tego bardzo fabrycznego krajobrazy wyłonił się zupełnie bajkowy biały domek z pięknym ogrodem, gdzie pod wielkim białym namiotem przygotowywano się właśnie do ceremonii ślubnej.
Domek swoją specyficzną konstrukcją przypominał bardzo zachodnio europejskie domy z 17-18 wieku. Nasza ciekawość nie byłaby dostatecznie zaspokojona, gdybyśmy nie zaczęli wnikliwie zaglądać przez okna domku; otwarta brama wabiła do środka. Domek całkowicie przypominał swoim wystrojem muzeum. W pewnym momencie drzwi wejściowe otworzył mężczyzna w średnim wieku w wyciągniętej koszulce i bez butów, ale za to w skarpetkach i przywitał nas stwierdzeniem: "Jesteście zbyt sportowo ubrani jak na gości weselnych, więc pewnie chcecie zwiedzić nasze muzeum. Jest to dom Vander Ende-Onderdonk zbudowany w 1709 roku, najstarszy istniejący dom holenderskich osadników w Nowym Jorku, w którym jednocześnie mieści się Towarzystwo Historyczne dzielnicy Ridgewood.
Uwielbiam ludzi z pasją, którym na widok zainteresowania drugiej strony pojawia się błysk w oku, tak jak właśnie temu panu. Zeszliśmy z nim stromymi drewnianymi schodami do piwnicy, która jak nam wyjaśnił, była początkiem całej domowej konstrukcji. Dowiedzieliśmy się, że Indianie Ameryki Północnej w ten sposób budowali swoje domy, głęboko w ziemi, a tradycja ta została początkowo przejęta przez pierwszych holenderskich osadników. W piwnicy znajdowało się ogromne palenisko i piec do wypiekania chleba, pięknie nakryty stół i masa ciekawych liczących dwieście ponad lat przyrządów kuchennych. Według opowieści naszego przewodnika, kobiety i duchowni w 18 wieku w Ameryce bardzo nie lubili tych "podziemnych" domostw, a młodzi mężczyźni, którzy szukali żony, aby jej się przypodobać musieli dobudowywać kolejne piętro na wysokości gruntu, oczywiście z oknami. Musieliśmy podzielić się tu informacją z przewodnikiem o naszych korzeniach indiańsko-europejskich, co wywołało jeszcze większy entuzjazm do dalszych historycznych opowieści. Dom ten spłonął kilka razy i był odrestaurowywany, a elektryczność została założona zaledwie 100 lat temu.
Pracownik stowarzyszenia pokazał nam 300 letnie mapy Queens, dzięki którym można było zobaczyć jak rozległe przestrzenie wtedy zajmowały "gęste lasy" i bagna".
Władze miasta Nowy Jork w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku chciały pozbyć się tej posiadłości, ale spotkały się ze znaczącym oporem mieszkańców dzielnicy, którzy zebrali potrzebne fundusze wykupili od miasta posiadłość, założyli towarzystwo historyczne i zarejestrowali dom na liście zabytków, na szczęście dla przyszłych pokoleń Nowojorczyków i nie tylko. W ramach wsparcia tego obiektu, który przenosi nas w czasie zupełnie, nabyliśmy dwa kubki w stylu porcelany holenderskiej.
Dla ukazania jak kontrastowa jest ta dzielnica, już 10 minut dalej zobaczyliśmy niesamowite bogactwo przepięknego artystycznie grafiti artystycznego kolektywu Bushwick Collective, poniżej zdjęcia, ale więcej zdjęć i długi wpis o tym następnym razem.
Zakończyliśmy spacer w uroczej kawiarni KAVE o bardzo nowoczesnym wystroju i przestronnym ogródku, gdzie oprawę muzyczną stanowił bardzo niedzielnie ciężko strawny dla mnie heavy metal, którego w takim wydaniu nie słyszałam od wczesnych lat szkoły średniej. Wygląda na to, że to dość mocny "odkopany" trend muzyczny wśród hipsterów. Większość klientów kawiarni pochylonych nad laptopami i książkami nie wygladało mi na typowych fanów Nergala, ale pracownicy tego miejsca byli w siódmym niebie, więc jakoś nikomu to nie przeszkadzało, ale tak to już jest w Nowym Jorku. Zawsze znajdzie się miejsce na inność, niekonwencjonalność, czasami nawet w ciężkim stylu.
Do potem.



Thursday, August 29, 2013

Moja letnia Playlista





Poniewaz lato juz prawie sie konczy, a przed nami amerykanski Labor Day Weekend, ktory jest oficjalnym zakonczeniem lata, zalaczam ponizej jedna z moich ulubionych playlist tego lata.
Zeby lato w naszych glowach i sercach trwalo jak najdluzej!!!

Monday, August 26, 2013

Mary Meyer - moda w dzielnicy Bushwick


Dzisiaj o modzie, bo nie można sobie wyobrazić bez niej mojego życia. W obecnym momencie nie ma zbyt wielu ciekawych sklepów z ubraniami w moich okolicach, ale ponieważ kreatywni ludzie przenoszą sie do tej dzielnicy w tempie bardzo szybkim, nie mam wątpliwości, iż niedługo będę pisać i pisać o świetnych przybytkach powodujących znaczące dziury w kobiecym budżecie, ale bardzo podnoszących nastrój.
Tym razem o butiku młodej projektantki Mary Meyer, który odwiedziłam tydzień temu.
Mary Meyer urodziła sie w północnej Kalifornii, a dorastała w artystycznej czesci Los Angeles -  Venice, ukończyła wydział malarstwa na California College of the Arts.
Podczas swojej uniwersyteckiej edukacji odkrywała techniki nadruków na materiale, przędzenia, malowania tkanin, jak również stolarki. Projektowanie ubrań zajęła się początkowo w swoim pokoju gościnnym,  szyjąc i oferując swoim znajomym koszulki z napisami i sukienki. W 2005 założyła własną firmę Mary Meyer Clothing. 
Charakterystyczne dla stylu Mary jest codzienny, sexy charakter jej projektów o unikalnych nadrukach. Jej sztuka czerpie inspiracje z afrykańskich tkanin, japońskich technik farbowania tkanin, amerykańskiej kolorowej historii ozdobnego pikowania kołder (quilting), pop artu, plaży, kultury muzyki gotyckiej w latach 90tych i napisów na koszulkach w latach 80-tych. Oprócz ubrań, Mary zajmuje się prowadzeniem Mary Meyer Art House, gdzie organizuje imprezy dla mało znanych artystów i zespołów muzycznych.
Swój sklep dzieli z Bogart & Moore firmą zajmującą się sprzedawaniem rzeczy vintage.
Podczas mojej wizyty nabyłam niesamowitą złoconą bransoletkę plus wisiorek za jedyne 4 $. Sklep mieści sie w piwnicy tuż przy metrze L. Jezeli znajdziecie się w tej części Brooklynu, musicie koniecznie go odwiedzić.


Mary Meyer 
Adres:
56 Bogart St
Brooklyn NY 11206






Sunday, August 25, 2013

Książki i już jak w domu

Czas na pierwszy wpis. Spokojna i leniwa niedziela we wciąż nowym domu w Ridgewood, Queens/Brooklyn. Nasze mieszkanie jest ciekawie położone na granicy mieszkaniowego raju dla Polaków, którzy uciekli z Greenpointu zniechęceni rosnącymi czynszami, a hipsterską oazą Bushwick, gdzie przenoszą sie młodzi artyści i pisarze, których nie stać na wygórowane cenowe lokum na Williamsburgu.
Tym razem wraz z Timem wybraliśmy się do jednej z dwóch artystycznych kawiarni-księgarni w okolicy. Przechadzka trwała ponad 20 minut, ale bardzo było warto. Księgarnia o nazwie Molasses Books ukrywała się niepostrzeżenie pośród bloków mieszkalnych. Jest to małe, bardzo urocze miejsce z mini barem serwującym kawę, herbatę i inne napoje bardziej alkoholowe. Większość książek pochodzi z tzw. drugiej ręki, co moim zdaniem zawsze dodaje książce więcej uroku.
W miejscu tym można sobie spokojnie zasiąść przy stole, barze lub przy oknie, albo na ławce na zewnątrz. Ceny książek nie są niskie, np. książka z autografem Paula Austera kosztuje 60$, ale jest też masa książek bardzo przystępnych cenowo. Wybrałam dwie; jedną rosyjskiego pisarza Andrieja Siniawskiego "Opowieści fantastyczne", o której nigdy w Polsce nie słyszałam, a bardzo spodobało mi się porównanie stylu tych krótkich opowiadań do prozy Dostojewskiego i Gogola, aczkolwiek są one przykładem jeszcze większej anty-sowieckiej dywersji, za którą autor był skazany na ciężkie roboty, więc czytać będę z wielkim zaciekawieniem. Drugi zakup to "My Sister's Hand in Mine" Jane Bowles, żony znanego pisarza amerykańskiego, Nowojorczanki z urodzenia, która nigdy nie została należycie doceniona za swoje pisanie. Przekonam się chętnie, co też pisała, tym bardziej iż 20 lat mieszkała w Maroko.
Księgarnia zachęcała swoim klimatem do pełnego niedzielnego luzu, barrista, który tam pracował, jak na prawdziwego hipstera przystało miał na sobie mocno spraną koszulkę z napisem Północna Dakota; był bardzo zrelaksowany spędzając większość czasu z koleżanką na ławce przed sklepem i delektował nas muzyką ze starego winyla z zupełnie nieznaną, nawet mojemu mężowi, który o starej muzyce country wie wszystko, wokalistką o bardzo leniwym i sensualnym głosie.
Bushwick przypomina mi Williamsburg 11 lat temu, mój pierwszy raz w Nowym Jorku. Opuszczone magazyny, latynoska muzyka i kolorowe deli, a pomiędzy tym wszystkim jak małe kolorowe kwiaty pojawia się super interesujące grafitti, galerie, sklepy z ubraniami, itp. To dopiero początek i mam nadzieję, że ten blog będzie skrupulatnie opisywał wszystkie moje odkrycia zarówno na Bushwick jak i w Ridgewood. Miłej niedzieli.